Kategorie

wtorek, 3 stycznia 2017

Armia

TO OPOWIADANIE NIE JEST MOJEGO AUTORSTWA
Zostało uratowane z kopii nieistniejącej już strony internetowej  (clippo, bazylisheq, hydeparkowa grupa gay historie lub coś jeszcze innego). Były to początki internetu i mojej przygody z erotyką. Ratuje je przez wzgląd na kolejne pokolenia. Nie czerpię żadnej korzyści z tego tytułu. Jeśli jesteś autorem tego tekstu lub wiesz kto nim jest możesz skontaktować się ze mną w sprawie uznania autorstwa, edycji lub usunięcia ze strony. 
==================================================
Z wielką przyjemnością przedstawiam Wam jedno z moich ulubionych opowiadań. To właśnie ono rozbudziło we mnie fascynację mężczyznami w mundurach. 

Byłem znudzony jak mops, nic mi się nie chciało, na nic nie miałem ochoty. Chodziłem nieprzytomny i czepiałem się bzdur. Z nikim nie mogłem się dogadać. Mama za każdym razem spoglądając na mnie mówiła coś o miłości i nawet dała mi jakąś forsę, abym wziął to dziewczę do kina czy na dyskotekę. A ja rzeczywiście byłem zakochany, ale to "dziewczę" miało na imię Hubert, nie wiedziałem, jak mam mu o tym powiedzieć. Nagle straciłem całą siłę przebicia, jakby uszło ze mnie powietrze. 
Hubert był o rok starszy ode mnie. Przyjaźniłem się z nim od dziecięcych lat, był prawdziwym przyjacielem, na którego można było liczyć w najtrudniejszych momentach czy podbramkowych sytuacjach. Był świetnym kompanem, ale nigdy nie pociągał mnie seksualnie. A tu nagle jak grom z jasnego nieba, nie wiadomo skąd, za co i dlaczego. Tylko ON i poza nim nie istniało nic.
Wziąłem forsę i pomyślałem: pójdziesz w miasto, mały, zaszalejesz, to ci zaraz amory z głowy wywietrzeją, a Hubert musi sam zdecydować - inaczej możesz stracić przyjaciela, a to zbyt wiele, żeby ryzykować. Idąc ulicami myślałem, gdzie by tu najlepiej się zapomnieć: kino odpadało w przedbiegach, nie kręciło mnie w ogóle - zero siedzenia, tylko ruch i dużo ludzi, tłum jak największy - jakiś koncert, odjazdowa dyskoteka. Ale na to było za wcześnie. Obszedłem całe centrum i ruszyłem w stronę bazaru. Na samą myśl zjeżył mi się włos na głowie - byłem w takim stanie, że aby wyszumiało, trzeba było nie lada huraganu, a ja byłem gotów na wszystko, aby tylko zapomnieć.
Nie spieszyłem się. Spokojnie analizowałem sytuację, jeszcze raz ważyłem wszystkie za i przeciw, i właściwie bez decyzji, ale z ogromną chęcią i jakby bez wyjścia, zdecydowanym już i pewnym krokiem ruszyłem na polowanie najgrubszego "zwierza", jaki się pojawi w okolicy. Chłodnym okiem mierzyłem co dorodniejsze okazy męskiego rodzaju, ale żaden nie był na tyle extra, aby mnie zelektryzować; co najwyżej unosiłem brwi i myślałem: no, no, no - i to wszystko.
Schodzony jak trampek po sezonie, czując te wszystkie przebyte kilometry, wiedziałem, że mógłbym iść do końca świata mając nadzieję, że na końcu tej drogi będzie czekał na mnie Hubert. Powoli kierowałem się w stronę przystanku. Właściwie mogłem iść na disco - zaczynało zmierzchać - ale nie miałem już zupełnie ani chęci, ani nastroju, i w totalnej depresji stanąłem jak skazaniec na przystanku, czekając na autobus, który powiezie mnie do domu, gdzie będzie trudno wytrzymać.
Usłyszałem męski, szczery, tak zwany "żywiołowy", zaraźliwy, radosny spontan - zafascynował i wyrwał z zamyślenia. Wzrokiem zacząłem szukać właściciela tego głosu. Tuż obok, za gęstą ścianą krzewów, przy stoliku na świeżym powietrzu, przy piwku siedziała grupka wojaków i jeden z nich - brunet o rumianych policzkach, tępych wyraźnie rysach twarzy - śmiał się całą gębą, poklaskując dłońmi o uda.
- To był numer jeden, chłopaki... robimy jeszcze jedną kolejkę... ja muszę na stronę... ale super...
Teraz, kiedy wstał, widziałem go bardzo dobrze, czułem go, bardzo mocno popychało mnie w jego kierunku. Lubiłem tę moc, a szczególnie moment, w którym się rodzi, powstaje i porywa. Pomyślałem, że przecież jestem w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy miasta i że mogę tu solidnie oberwać, ale bardzo sprytnie uspokoiłem się myślą, że mnie też chce się lać, i to już od dłuższego czasu, więc pójdę TYLKO PO TO. I poszedłem.
Stanął przy śmietniku. Minąłem go i stanąłem za nim i za śmietnikiem. Słyszałem jego plusk strumienia. Sięgnąłem do rozporka: penis stał jak murowany, nie było mowy o żadnym laniu. Cały czas słyszałem bystry, wydobywający się pod dużym ciśnieniem, obfity nadmiar głośno spadającego na glebę moczu. To było niebywale podniecające, pierwszy raz w życiu taka sytuacja postawiła mnie na baczność. Nie mogłem wytrzymać, musiałem się odwrócić. Śmietnik zasłaniał mi go częściowo, wzrokiem błądziłem po mundurze, bojąc się spojrzeć mu w twarz, i właściwie to on schylił się i zajrzał mi w oczy. 
Uśmiechnęliśmy się do siebie porozumiewawczo. Zrobił krok w bok, prezentując się w całej krasie i okazałości. Było na co popatrzeć! Odwróciłem się, uniosłem wzrok do niebios i westchnąłem podjarany do granic możliwości. Napiąłem się z całych sił do tego munduru i dopiero dotyk dłoni na tyłku sprawił, że się rozluźniłem marząc tę baśń.
- Lubisz żołnierzy, Misiu?
- ... - kiwnąłem twierdząco głową. Twarda, silna dłoń pieściła krótko, mocno, zdecydowanie, namiętnie.
- Manewry na takim poligonie to dla żołnierza prawdziwa przyjemność - pewnym ruchem wspiął się po kręgosłupie na kark. - Naładowany karabin musi wystrzelić, kumasz, kocie?
Po chwili klęczałem u jego stóp. Ustami poznawałem smak armii. Potęgę, siłę i moc zaledwie muskałem, ocierając się wstydliwie.
- Przygotuj się, Misiu, na cały magazynek... to będzie długa seria... - sapiąc spuszczał się obficie silnymi salwami. - Uuu... Aaa... To było to, co żołnierz lubi najbardziej... W porządku jesteś kot... taki w armii jest... jest... - szukał odpowiedniego słowa - jest po prostu potrzebny. - Podnosił mnie z klęczek. - Słuchaj, jesteś extra - mrugnął, wyraźnie zadowolony. - Tam jest jeszcze kilka karabinów do wyczyszczenia i z pełnymi magazynkami... Nie odmówisz sobie tej przyjemności, prawda...? Nie pożałujesz - dotknął moich pośladków. - Co...? - uśmiechnął się jurnie, oblizując usta.
- Ychy - kiwnąłem głową na zgodę.
Kładąc rękę na ramieniu poprowadził mnie do pubu, gdzie siedzieli kumple. Po drodze jeszcze się odlałem - przecież chciało mi się nie na żarty.
- Wskakuj pod stół - nagiął mi kark - i żeby mi każda sztuka lśniła jak szabelka ułańska... No, chłopaki - zwrócił się do kumpli - dobry żołnierz radzi sobie w każdej sytuacji i na każdym poligonie - rżeli jak konie, dogadywali, przygadywali, przepijając co chwila.
Przysiadłem jak spłoszony zając. Osaczony ostygłem, ale kiedy zsunąłem wzrok między wycelowane we mnie kościste kolana, rozchylające się i wskazujące mi cel ukryty pod moro-drelichem, najeżony w moją stronę, przełknąłem ślinę i potoczyłem dookoła wzrokiem; wybrałem najwyższy i najdłuższy masyw. Dotyk mojej dłoni sprawił, że rozsunął się jeszcze mocniej, udostępniając mi swoją giwerę. Co się działo nad stołem, nie wiem - słyszałem tylko stukot kufli o blat i fragment rozmowy:
- Chłopaki, zaraz będę miał wypolerowaną spluwę.
- Ha, ha, ha...
- Nie zapomnij wystrzelać magazynku.
- Spokojna głowa.
To brzmiało jak zaproszenie. Dotknąłem GO. Zelektryzował mnie od stóp po czubek łba. Wydobyłem ten KARABIN - był niebywały: purpurowy, olbrzymi łeb nie mieścił się w napletku. W nozdrza uderzył mnie zapach prawdziwego artylerzysty. Dopiero twarde, szerokie dłonie na karku, popychające mnie leciutko, mówiły: bierz, kochanie, szczęście jest już blisko, bardzo blisko, musisz go tylko chcieć. Pulsował w moich ustach, budząc niebywałe emocje. Moje dłonie wspinały się do kolan, potem wędrowały do rozporków, rozrywając je drżącymi, chciwymi palcami, zagarniając twarde, masywne, żylaste fiuty, pieszcząc mięsiste magazynki przeładowane amunicją. Pot spływał mi po czole i karku. Studziły mnie salwy białych fajerwerków. Z chwili na chwilę robiłem się szczęśliwszy, szedłem kolejno łeb za łbem, kolano za kolanem, sam nie wiedząc, który to już raz, która to już runda; walczyłem do ostatniego tchu.
Twardy żołnierski bucior szturchnął moje pośladki, na biodrach poczułem dłonie.
- Łysy, nie tutaj!
- A gdzie?
- Krzysiek ci pokaże, pójdziesz zaraz z nim, narwańcu. 
Wydobyli mnie na powierzchnię.
- Chcesz, kocie, piwa?
- Nie, dziękuję - nie chciałem psuć sobie smaku.
Chyba zrozumieli, o co mi chodzi, bo uśmiechali się między sobą. Podszedł do mnie Brunecik, co tak mnie zakręcił śmiechem. - Chodź, przejdziemy się - położył mi rękę na karku; za nami szedł jeszcze jeden żołnierz, potem zrównał szereg. - No, widzisz, kocie? Nadszedł czas na manewry - uśmiechnął się. - Pewnie już nie mogłeś się doczekać, kiedy rozpoczną się bojowo-szturmowe ćwiczenia sprawnościowe - śmiał się. - Nie martw się. Ja też nie mogę się doczekać. Ze wszystkich te podobają mi się najbardziej - dochodziliśmy do śmietników. - Na wszelki wypadek, Łysy, osłaniaj go, żeby nie podniósł alarmu. 
Rozbierali mnie.
- Fajny chłopak, prawdziwy kot - zagłębił palce w moich pośladkach. - Słodki jesteś jak ananas. Bardzo będziesz piszczał?
- ... - poczułem chuja między pośladkami.
- Na wszelki wypadek "zhartuj" go.
- OK. ...nie pierdol głupot, DYMAJ, wiem, co mam robić.
Twardy łeb kutasa zawył w moich pośladkach i rozerwał je. Gdyby nie namiętny jęzor Łysego w szalonym pocałunku, nie byłbym w stanie powstrzymać krzyku. Ogromne, twarde dłonie pieściły moje pośladki, aż w końcu kutasisko oderwał mnie od gleby i powędrowałem w przestworza. Pchnięcie było tak zajebiste, że nie wytrzymałem - mój fallus eksplodował nadmiarem rozkoszy. Zacisnąłem dłoń na kutasie Łysego i oderwałem się od jego ust, zaciskając szczęki z całych sił - inaczej bym go chyba pogryzł. Ujął mnie w ramiona. Objąłem jego silny kark i pod wpływem ostrego rżnięcia niewyżytego artylerzysty prężyłem się jak wąż.
- Nieźle, kurwa, sobie dajecie.
- A co to ciebie, kurwa, obchodzi, Rudy, miałeś, kurwa, czekać!
- Mieliście być cicho.
- A nie jesteśmy?
- Tylko mundury was chronią, bo inaczej to już by była niezła zadyma.
- No widzisz, koleś, co armia, to armia.
- Dobra, dobra, a co dupa, to dupa.
- Nie bój się, nie ucieknie.
- Kto to wie, czy nie spierdoli.
- Przestań gadać, bo się nie doczekasz.
- Ale zajebisty ten...
- No, Rudy, tylko bez takich, nie psuj zabawy.
- Dobra, leć i daj polatać innym.
Czułem, jak Krzysiek stracił wigor, jego ruchy stały się mechaniczne, zimne i obce, w końcu wysunął się ze mnie.
- Dobra, stary, bierz go, ja poczekam, nie umiem "pisać dyktanda".
Rudemu nie trzeba było dwa razy powtarzać, od razu zajął pozycję Krzyśka.
- Dobra, chłopaki, dobrej zabawy, ja na razie spadam na piwko - rzucił smętnie, siląc się na beztroski, luzacki ton.
- Na razie, Krzychu, pogadamy przy kuflu.
- Nie będzie takiej potrzeby, wszystko sprawdzę osobiście, tak że uważaj na tę swoją porywczość.
- OK, spoko - dodał ciszej, ale już do Łysego. - Maciek, weź mu nagnij karku, bo mnie tak naszło, że gorzej niż wojna...
Maciek, bo tak miał Łysy na imię, odsunął się o krok, spojrzał badawczo i oceniając moje możliwości in plus, silną, twardą grabą, z uśmiechem na ustach, sprowadził bez większego oporu na wysokość swojego rozchełstanego rozpora, a ja myśląc, że właśnie o to chodzi, chciałem wziąć do buzi tę gotową do odpalenia rakietnicę, kiedy odsunął się i nacisnął mnie jeszcze bardziej w dół, tak że znalazłem się między jego nogami. Na karku czułem twarde męskie krocze, a sprężyste, muskularne uda ciasno trzymały mój kark i głowę, unieruchamiając i głusząc bardzo skutecznie. W tej pozycji, wypięty jak baranek, nie sprawiałem żadnych problemów napalonemu wojownikowi, który bez żenady sięgnął całą łapą po moje krocze, wcześniej rozkopując mi nogi i łokciem wbijając się boleśnie w kręgosłup - wymusił maksymalne posłuszeństwo.
- I tak trzymać, kocie, żeby nie wiem co się działo i jak bolało, ZROZUMIANO?!
Bardziej to mówił do siebie i Maćka, chełpiąc się i jeszcze bardziej podkręcając atmosferę, niż do mnie, bo ja byłem zdany na nich całkowicie i wcale nie zamierzałem się buntować ani walczyć. Szedłem w tę słodką niewolę bojaźliwie, ale ochoczo. Między pośladkami poczułem gorącego, pulsującego twardziela, i choć serce mi waliło jak spłoszonemu szarakowi, to dotyk napalonego kutasa działał na mnie jak zaczarowana różdżka i natychmiast ogarnął mnie spokój i radość, pomimo iż wiedziałem, że czeka mnie istna droga przez mękę rozkoszy i będę musiał stawić czoło rozszalałym męskim żywiołom, nabuzowanym w koszarach, ale o to właśnie mi chodziło. I z tą myślą pokornie i posłusznie chyliłem kark przed potęgą armii.
Wszedł we mnie z jękiem ulgi. Po chwili zabujał się na boki, co odczułem boleśnie na zwieraczu. Wiedziałem, że to wróży ostrą i długą jazdę. Byłem zadowolony, choć i trochę przerażony, bo to nigdy nic nie wiadomo do końca. Krótka seria mocnych, pełnych, szybkich pchnięć, jakby rozpoznawcza, zwiadowcza akcja, zakończona jednym delikatnym, wolnym, testowym ruchem - i tym ruchem wszedł we mnie powoli i do samiutkiego końca, wbijając się twardymi, włochatymi jajcami w moje krocze i sunąc dalej w górę oderwał od gleby, aż zatrzymał się gdzieś wysoko, wysoko, poza granicami rozsądku. Kiedy zaczął mną miotać szałem obłędnego szturmu, waląc na oślep w amoku niekończącej się serii ostrzału artyleryjskiego, jęczałem czując siłę każdego uderzenia, a zwieracz pod ciężarem mojego własnego ciała zwariował z bólu i szczęścia, zaciskając się błagalnie drżał przed potęgą superzajebistego wojownika.
Teraz ujął mnie mocnym, żelaznym uściskiem, kciukami rozsuwając pośladki rozpoczął szybkie, twarde, pełne, zamaszyste, dokładne, wspaniałe, cudowne, niekończące się jebanie. On jeden wypierdolił mnie ponad wszelką ludzką możliwość, pozbawił wszelkich sił, doprowadził poprzez moc niekończących się totalnych orgazmów do czystej, sielskiej, nierozumnej duchowości.
Po nim było jeszcze kilku takich napalonych i wyposzczonych żołnierzyków, chcących wyżyć się na zapas. W końcu pojawił się Krzysztof.
- No, Łysy, teraz ty. Ja już będę odbierał rundę honorową jako ostatni. Sprawdzę przy okazji, jakie z was wojsko.
Potem zostałem sam na sam z Krzyśkiem. To był najcudowniejszy seks w moim życiu. Z tym facetem stworzyliśmy totalny, odjazdowy tandem; każdy jego ruch, dotyk, a nawet jego oddech potęgował i piętrzył doznania szczęścia i rozkoszy. Byłem w raju.

Wracając do domu byłem tak szczęśliwy, że momentami miałem wrażenie, jakbym nie mógł tego szczęścia w sobie pomieścić ani go udźwignąć. A kiedy wychodziłem z autobusu schodząc po schodach, czułem się jak bóg zstępujący na ziemię. I jak ogromne było moje zdziwienie, kiedy po dwóch tygodniach dostałem list z propozycją spotkania się w tym samym pubie z Krzyśkiem, ostatnim artylerzystą z armii. Adres musiał wziąć z legitymacji, którą miałem w kieszeni spodni, aby móc korzystać z ulg.


benias,
opowiadanie pochodzi z grupy gay-historie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz